środa, 24 lipca 2019


...Ojczyzno Ty  moja...

   Od najmłodszych lat wpaja się dzieciom przekonanie o szlachetnym umiłowaniu Ojczyzny, za którą i "i mrzeć by warto" /J.I.Krasicki/. Oczywiście, że chodzi tu o Polskę, kraj nasz o historycznych korzeniach, związany z Europą, nasiąknięty kulturą Zachodu, naznaczony religią katolicką ale tolerancyjny względem innowierców (tak zazwyczaj chcemy wierzyć), kraj bogaty, a lud uczynny      i szczodrobliwy, dumny ze swoich bohaterów narodowych.
        Zdaniem "ludu" taką Ojczyznę wypracowało nam przez wieki wielu mądrych królów, polityków i innych uznanych zarządców "tej ziemi", w swojej strefie wpływów. Niewątpliwie całemu temu przeświadczeniu towarzyszy zawsze lekcja o tym, że takiej Ojczyzny, na każdy zew jej przywódców, należy bronić aż do poświęcenia jej nawet życia – jeśli zachodzi taka potrzeba. I tu właśnie stawia się mnie (i jak wiem z medialnych przekazów – nie tylko mnie) w przysłowiowej kropce...
       "Jakże to – myślę – umierać mam za wymyślone (a często: nieprzemyślane) cele jakiejś polityki, która w efekcie przyniosła to, że moja Ojczyzna zebrała potem srogie baty?". Czyż nie lepiej byłoby "nauczać", że drogocennym życiem należy wspierać umiłowany kraj, a jeśli cele polityków zawodzą, siły swoje skierować na tory jego odnowy, odbudowy? Czy mam bezwzględnie słuchać odpowiedzialnych za losy kraju przywódców, aż po oddanie życia za ich "wizje"? Czy dzisiejsza świadoma swego bytu "jednostka", musi na jakiś tam rozkaz umierać?
       Owszem, rozumiem (i nie walczę z takim zrozumieniem), że jeśli wróg "stanie u drzwi" i zagraża unicestwieniem mnie, moich bliskich i grozi zaborem mojego mienia to: "bagnet na broń!". /W. Broniewski/. Ale wtedy to ja decyduje, za co oddaję życie, broniąc swojego dobra i swojej polskości. (Prawdopodobnie bez wahania uczynią podobnie inni, podejmując w takim wypadku zbiorowy nawet wysiłek w obronie swojego życia i swoich dóbr materialnych). I to z pewnością nazwać można świadomą walką za Ojczyznę. Lecz – sądzę – jest wybitnie nierozważne obdarzenie pełnym zaufaniem przywódców narodu, na zasadzie, że stuprocentowo wiedzą co robią. Przykładem tego może być warszawskie powstanie 44 wywołane całkiem niepotrzebnie i z wielką szkodą dla mieszkańców miasta. Przytoczę tu (albowiem artykuł ten, jak i poprzednie, pochodzi z mojego zbiorku: Czyta się...) wiele mówiący na ten temat fragment z Dziennika z powstania Stefanii Tokłowicz).  4 sierpnia 1944. "Rozkaz naczelnego wodza brzmiał: „wszystkie gmachy będące            w naszym ręku mają wywiesić flagi narodowe. (…) Rozkaz jest wyraźny i około południa całe ulice dzielnicy zachodniej powiewają flagami. (…) godzina 6 wieczór. Wszyscy patrzą w niebo, skąd słychać szum samolotu. To samolot niemiecki rozrzuca ulotki wzywające do poddania się i udania się na zachód z białymi chustkami. Nie ucichły jeszcze komentarze nad tym wezwaniem, a już nadleciała eskadra bombowców. (…) Popłoch straszny, ludzie znoszą cały dobytek do piwnic. Lęk przed następnym bombardowaniem wyziera ze wszystkich oczu. Pospiesznie zdejmują sztandary, żeby lotnicy nie orientowali się, gdzie są nasze oddziały. Jesteśmy bezsilni wobec lotnictwa".
        Innym przykładem, ale już na skalę całej Ojczyzny było wprowadzenie, wprawdzie śmiałej         i światłej (w większości swoich artykułów) Konstytucji 3 Maja, niby wzmacniającej naród, którą zredagowało w obliczu rosyjskiego imperatora kilku magnatów z poparciem króla. Profesor Andrzej Chwalba /w książce Zwrotnice dziejów – alternatywne historie Polski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019/ tak się wypowiada w tej sprawie: (…) wprowadzenie Konstytucji 3 maja spowodowało interwencję Rosji i dwa rozbiory. Brak własnego państwa w XIX wieku pozbawił nas mnóstwa szans. Brak ciągłości państwa, pozbawił nas kontaktów z Europą. Po pierwszej wojnie światowej zmartwychwstaliśmy, ale wtedy nie byliśmy już jednym z państw „starej Europy”.
Nie będę dalej drążył tematu, ale wydaje mi się, że mój dylemat: Żyć, czy umierać za Ojczyznę może podzielać wiele osób.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz