środa, 24 lipca 2019


...Ojczyzno Ty  moja...

   Od najmłodszych lat wpaja się dzieciom przekonanie o szlachetnym umiłowaniu Ojczyzny, za którą i "i mrzeć by warto" /J.I.Krasicki/. Oczywiście, że chodzi tu o Polskę, kraj nasz o historycznych korzeniach, związany z Europą, nasiąknięty kulturą Zachodu, naznaczony religią katolicką ale tolerancyjny względem innowierców (tak zazwyczaj chcemy wierzyć), kraj bogaty, a lud uczynny      i szczodrobliwy, dumny ze swoich bohaterów narodowych.
        Zdaniem "ludu" taką Ojczyznę wypracowało nam przez wieki wielu mądrych królów, polityków i innych uznanych zarządców "tej ziemi", w swojej strefie wpływów. Niewątpliwie całemu temu przeświadczeniu towarzyszy zawsze lekcja o tym, że takiej Ojczyzny, na każdy zew jej przywódców, należy bronić aż do poświęcenia jej nawet życia – jeśli zachodzi taka potrzeba. I tu właśnie stawia się mnie (i jak wiem z medialnych przekazów – nie tylko mnie) w przysłowiowej kropce...
       "Jakże to – myślę – umierać mam za wymyślone (a często: nieprzemyślane) cele jakiejś polityki, która w efekcie przyniosła to, że moja Ojczyzna zebrała potem srogie baty?". Czyż nie lepiej byłoby "nauczać", że drogocennym życiem należy wspierać umiłowany kraj, a jeśli cele polityków zawodzą, siły swoje skierować na tory jego odnowy, odbudowy? Czy mam bezwzględnie słuchać odpowiedzialnych za losy kraju przywódców, aż po oddanie życia za ich "wizje"? Czy dzisiejsza świadoma swego bytu "jednostka", musi na jakiś tam rozkaz umierać?
       Owszem, rozumiem (i nie walczę z takim zrozumieniem), że jeśli wróg "stanie u drzwi" i zagraża unicestwieniem mnie, moich bliskich i grozi zaborem mojego mienia to: "bagnet na broń!". /W. Broniewski/. Ale wtedy to ja decyduje, za co oddaję życie, broniąc swojego dobra i swojej polskości. (Prawdopodobnie bez wahania uczynią podobnie inni, podejmując w takim wypadku zbiorowy nawet wysiłek w obronie swojego życia i swoich dóbr materialnych). I to z pewnością nazwać można świadomą walką za Ojczyznę. Lecz – sądzę – jest wybitnie nierozważne obdarzenie pełnym zaufaniem przywódców narodu, na zasadzie, że stuprocentowo wiedzą co robią. Przykładem tego może być warszawskie powstanie 44 wywołane całkiem niepotrzebnie i z wielką szkodą dla mieszkańców miasta. Przytoczę tu (albowiem artykuł ten, jak i poprzednie, pochodzi z mojego zbiorku: Czyta się...) wiele mówiący na ten temat fragment z Dziennika z powstania Stefanii Tokłowicz).  4 sierpnia 1944. "Rozkaz naczelnego wodza brzmiał: „wszystkie gmachy będące            w naszym ręku mają wywiesić flagi narodowe. (…) Rozkaz jest wyraźny i około południa całe ulice dzielnicy zachodniej powiewają flagami. (…) godzina 6 wieczór. Wszyscy patrzą w niebo, skąd słychać szum samolotu. To samolot niemiecki rozrzuca ulotki wzywające do poddania się i udania się na zachód z białymi chustkami. Nie ucichły jeszcze komentarze nad tym wezwaniem, a już nadleciała eskadra bombowców. (…) Popłoch straszny, ludzie znoszą cały dobytek do piwnic. Lęk przed następnym bombardowaniem wyziera ze wszystkich oczu. Pospiesznie zdejmują sztandary, żeby lotnicy nie orientowali się, gdzie są nasze oddziały. Jesteśmy bezsilni wobec lotnictwa".
        Innym przykładem, ale już na skalę całej Ojczyzny było wprowadzenie, wprawdzie śmiałej         i światłej (w większości swoich artykułów) Konstytucji 3 Maja, niby wzmacniającej naród, którą zredagowało w obliczu rosyjskiego imperatora kilku magnatów z poparciem króla. Profesor Andrzej Chwalba /w książce Zwrotnice dziejów – alternatywne historie Polski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019/ tak się wypowiada w tej sprawie: (…) wprowadzenie Konstytucji 3 maja spowodowało interwencję Rosji i dwa rozbiory. Brak własnego państwa w XIX wieku pozbawił nas mnóstwa szans. Brak ciągłości państwa, pozbawił nas kontaktów z Europą. Po pierwszej wojnie światowej zmartwychwstaliśmy, ale wtedy nie byliśmy już jednym z państw „starej Europy”.
Nie będę dalej drążył tematu, ale wydaje mi się, że mój dylemat: Żyć, czy umierać za Ojczyznę może podzielać wiele osób.


środa, 17 lipca 2019


Żydostwo polskie…

Od stuleci w Polsce mieszkają Żydzi, powszechnie znani jako naród bez ziemi. Naród, ponieważ mimo utraty swojej państwowości jeszcze w czasach rzymskich, zachowali i kultywowali swoją odrębność w sferze kultury i – co jest zrozumiałe – religii, we wszystkich miejscach swojego w miarę zbiorowego osiedlenia. I chociaż judaizm jako religia nigdy nie był jednorodny, to właśnie religii należy przypisać zasługi w sferze „inności“ tej społeczności, co zawsze raziło rdzennych Polaków. Religię spajała Księga, którą (przynajmniej we fragmentach) należało czytać praktycznie w każdej żydowskiej rodzinie. Stąd w Narodzie tym nigdy nie było analfabetyzmu. /Henryk Vogler – Wyznanie mojżeszowe – Wydawnictwo AUSTERIA, Kraków 2011 s. 31/.
           Polacy, tak jak zresztą inne narody, mają wiele „narodowych“ fobii. Nie lubi się Niemców (odwieczny polski wróg, chyba numer jeden), Rosjan (także wróg, „ale i nie w pełni przystają do europejskiej społeczności wskutek swojego powiązania z Azjatami“), Ukraińców („bezwzględnych, niepewnych do dziś banderowców“), bezpaństwowych Cyganów (przylgnęło do nich miano pasożytniczo żyjących złodziei), świadków Jehowy (zarzuca się im „amerykańską nachalność          w kwestii metod przekonywania“ do słuszności ich wiary), i wymienić by można jeszcze kilka innych społecznych grup. Lecz największe uczucie chorobliwego lęku budzą u ogółu (niestety) Polaków Żydzi, których z podjudzenia narodowców, widzi się jako odpowiedzialnych za wszystkie narodowe niepowodzenia, co wyrażone zostało (czy tylko symbolicznie?) spaleniem „kukły Żyda“ na wrocławskim Rynku.
      Co, tak w niewielkim skrócie choćby, można powiedzieć o Żydach polskich, osiadłych od wieków na terytorium Rzeczypospolitej i… będących pełnoprawnymi jej obywatelami? Po pierwsze to chyba to, że wraz z Litwinami, Białorusinami, Ukraińcami, Niemcami czy Słowakami (a nawet Tatarami) przyznającymi się do swoich narodowych korzeni, wchodzą w skład ludności tworzącej polskie społeczeństwo. Z własnego wyboru uczynili Polskę swoja Ojczyzną i zazwyczaj w każdym czasie zaznaczali to swoim kulturalnym, naukowym czy też materialnym wkładem. Po drugie, Żydów we współczesnej Polsce prawie już nie ma; wyginęli całymi rodami w Zagładzie lub zostali zmuszeni do opuszczenia ojczystego kraju, językiem którego się powszechnie posługiwali, w roku 1968. Nie ma ich zatem, ale też i „są“, skoro się o nich raz po raz nienawistnie przypomina…
Przypomnijmy zatem, jak to jest z tymi „polskimi Żydami“…
        Nie warto odwoływać się do historii Polski, która wchłonęła olbrzymią część żydowskiego uchodźtwa z tzw. diaspory aszkenazyjskiej już w czasie średniowiecza, bo to jest powszechnie znane Polakom. Szczycimy się, że Rzeczpospolita obojga Narodów okazała się krajem najbardziej tolerancyjnym dla Żydów udręczonych europejskimi pogromami o podłożu religijnym. Warto jednak wspomnieć, że największa populacja polskich Żydów zamieszkiwała miasta i miejscowości Małopolski, a tam, we względnie wolnościowych warunkach, austriacka konstytucja z roku 1867 gwarantowała im zrównanie w prawach z polskimi mieszkańcami tych terenów. (W Kraju u innych zaborców, obywatele polscy wyznania mojżeszowego nie mogli korzystać z tak dobrze obwarowanej prawnie ochrony). W Małopolsce też rozwinięta została myśl tzw. judaizmu reformowanego aż do granic zasymilowania się z kulturą kraju, w którym Żydom przyszło żyć, w tym przypadku z kulturą  i językiem polskim. Życie więc zrobiło swoje i wkrótce dziesiątki tysięcy polskich Żydów stawało się świadomymi swojej wartości obywatelami polskimi, dla których język polski był językiem ojczystym, a celem, pełne obywatelskie równouprawnienie i asymilacja.
         Takiej możliwości nie mieli, lub też nie chcieli mieć Żydzi judaizmu tradycyjnego. Chasydyzm osadzony był na podłożu konserwatywnych nauk rabinów uważających Torę za wyrażone prawo Boże, poza które „wychylać się“ nie należy. A więc ważne są: tradycja, obrzędy i przede wszystkim język, bo to w sumie zaświadcza o przynależności do Narodu Wybranego. Tak pojęty judaizm (jako jedyna forma religii prawdziwej - ortodoksyjny), dopuszczał wprawdzie możliwość korzystania ze zdobyczy nauki i techniki, lecz – poza uczonością talmudystyczną – nie wydał jednostek          społecznie wartościowych. Językiem dla tego środowiska Żydów, niewspółmiernie większego od reformowanych, był jidysz, popularnie nazywany żydowskim i oczywiście nauczany w szkołach        i życiu religijnym hebrajski. Polskim posługiwano się zazwyczaj tylko w potrzebnych kontaktach      z nie-Żydami. Tych ich „żydostwo“ wyróżniało spośród zwykłych obywateli nawet w sposób bardziej widoczny niż „obca“ społeczeństwu kultura. Szczególnie dotyczyło to rabinów noszących się dość dziwacznie (pejsy, niestrzyżona broda, ciemny chałat, jarmułka), ale także i mieszczan noszących ubrania w ciemnych kolorach z obowiązkowym nakryciem głowy. Zawsze można ich było rozpoznać, zazwyczaj już z ubioru.
      To ta społeczność Żydów polskich w sposób wyraźny obnosiła swoją rozpoznawalną żydowskość i nie ulega wątpliwości, że wcale im nie zależało na tym, by utożsamiano ich z narodowością polską. Wystarczało, że są obywatelami polskimi z racji rządowych przepisów. Nie byli groźni, nie przejawiali publicznej agresji, przeciwnie, prawie zawsze narażeni bywali na jakąś formę „polskiego“ dokuczania im. To o nich pisał tuż przed wybuchem wojny, przerażony wzrostem ich populacji na ziemiach Polski Wschodniej i Kresach, jeden z wpływowych katolickich duchownych: „Ogół żydostwa zamieszkały w Polsce jest tak szkodliwy dla naszych wartości religijnych i narodowych, że wpływ jego musi być całkowicie unieszkodliwiony. (…) Katolicki naród polski, dlatego właśnie, że jest katolicki, będzie się starał, aby Katolicka Polska nie była kolonią talmudycznego żydostwa“. /Wypowiedź ks. Tomasza Wilczyńskiego Prąd t. 37, Lublin, luty 1939 r./ (Wypowiedź ta poniekąd tłumaczy, jakie podłoże miał przedwojenny polski antysemityzm).
       Ale jak potraktować (na warunki polskie) Tuwima, Słonimskiego, Brzechwę, Leśmiana, Kiepurę, Cyrankiewicza, Kuronia, Geremka czy Kornhausera – osoby, którym przypisuje się „żydowskość“,   a które bez wątpienia czuli się Polakami i tak ich przecież traktujemy? Niewątpliwie ludzie ci,           i tysiące im podobnych, chcieli być Polakami i są nimi. Zasymilowali się, władali językiem polskim jako ojczystym i swoją aktywną działalnością w społeczeństwie wzbogacali kulturowe dziedzictwo narodowe. Polska przecież nie jest krajem tylko Polaków, jak chcieliby tego niektórzy, ale krajem dla wielu jej obywateli o korzeniach innych narodowości, ogólnie zwanych mniejszościami. W efekcie jesteśmy dumni, że mamy takich często sławnych obywateli Polski. Czy komuś przyszłoby do głowy wypominać Sienkiewiczowi jego tatarskie pochodzenie? A z drugiej strony, czy komuś w Stanach Zjednoczonych postać Zbigniewa Brzezińskiego kojarzy się z Polską? Jest dla Amerykanów Amerykaninem, co najwyżej dla dociekliwych, obywatelem USA, o polskich korzeniach.
         Tu ktoś zaoponuje, że w pewnym sensie w sposób naciągany pragnę Żydów uczynić Polakami. Żydzi, to przecież tylko „naród“, do czasów Zagłady zamieszkujący terytoria polskie, lecz w rzeczy samej zamknięty w swojej religijnokulturowej enklawie. Ten „ktoś“ będzie miał rację, ale tylko przy założeniu, co do Żydów ortodoksyjnych, zadowolonych z życia na swój żydowski sposób. Jednakże tej miary nie można przyłożyć do Żydów „postępowych“, dla których językiem był polski, a celem – wpływanie swoją pracą na wzbogacenie polskiej kultury. To o tych Żydach“, niejako na ich życzenie, mówimy jako o Polakach. (Podobnie zresztą można mówić o innych obywatelach Polski wywodzących swoje pochodzenie z kręgu innych mniejszości narodowych).
       Żydom „postępowym“ niezwykle trudno było sobie zapracować na miano Polaka. Praktycznie Polakami przecież nie byli, choć wewnętrznie, poprzez język i całkowitą asymilację, nimi byli. Poza tym Żydzi byli w pewnym sensie zawsze sprytniejsi, bardziej uzdolnieni i wykształceni (do czego przykładali szczególne znaczenie), a to budziło powszechną zazdrość. To między innymi było powodem ich deportacji z kraju w roku 1968. „Prawdziwi Polacy“ w swoim nieuzasadnionym zacietrzewieniu zmusili do opuszczenia Polski innych Polaków, swoich cennych współziomków. Jeden z takich zmuszonych do emigracji opowiadał: „Jestem Polakiem, w którym żyje Żyd, i Żydem, który nie istnieje bez Polaka. Zdarza mi się grywać samemu ze sobą w szachy i wie pan, kto wygrywa? Raz jeden raz drugi…“ /Mikołaj Grynberg, Rejwach Warszawa 2018. opowiadanie: Szachy,/.



wtorek, 16 lipca 2019


Polskie odium w stosunku do ginących Żydów

          ...Jest wielce niesprawiedliwe i wprost niezgodne z prawdą wypowiadanie się o ginących                  z morderczych rąk zbirów okupanta Żydach, przypinające im łatkę „idących na śmierć, jak stado baranów”. Jeśli do tego taki ktoś dopowiada, że zazwyczaj Żydzi wiedzieli co ich czeka, a mimo to nie zdobywali się na jakiś akt oporu, to wypowiadający się tak, najzwyczajniej nie zna warunków okupacyjnej rzeczywistości. Przy okazji takich „opowiadań”, zdarza się wyprowadzenie wniosku      o tym, że „Polacy nigdy by się tak nie zachowywali”. Tu oczywiście sypano by jak z rękawa przypomnianymi sobie przykładami polskiego męstwa i oręża. Przyjrzyjmy się zatem tej sprawie      z odwołaniem się do kilku wypowiedzi ludzi, którzy udokumentowali swoje wojenne losy opublikowanymi książkami.
Nie chcę jednostronnie wystąpić z oskarżeniem, że stwierdzenia tych „opowiadaczy” są płytkie          i często nasączone antysemityzmem, choć akurat takie skonstatowanie jest jak najbardziej bliskie prawdy. Nie chciałbym też rzucać przed czytelnicze oczy przypomnień o tym, że jak dotychczas, wszystkie akcje zbiorowego oporu w obozach zagłady (i gettach), jakoś dziwnie zorganizowane zostały przez bojowców żydowskich (bunt w Sobiborze, Birkenau, powstania w getcie warszawskim i białostockim, bojowe akcje ruchu oporu w getcie krakowskim i na Śląsku, partyzantka Bielskich,     i wiele innych), lecz z pewnością warto przytoczyć wypowiedzi polskich patriotów znających ten temat niejako od podszewki. Jednym z nich był więzień Auschwitz /Po podziale (z nakazu Hitlera) ziem polskich na przynależne do „niemieckiego” Śląska i „polskiej” Generalnej Guberni, Oświęcim znalazł się po stronie Rzeszy i w roku 1940 zaczęto tam budować obóz Auschwitz/. rotmistrz Witold Pilecki…
       Pilecki, jako żołnierz Polski Walczącej dostał się do Auschwitz z łapanki niejako dobrowolnie. Nie był więc więźniem ze wskazaniem na konkretne przestępstwo, a więźniem politycznym, którego – zdaniem urzędników Rzeszy – należało odizolować od „działań antyniemieckich”. Wcześniej, przed osadzeniem w Auschwitz, odbył wiele spotkań w Komendzie Głównej Tajnej Armii Polskiej przekonując, że w tak dużym skupisku więźniów jak obóz, należy stworzyć podstawy konspiracyjnego ruchu oporu, który pokierowałby ewentualnymi akcjami przeciwko Niemcom. Nikt wtedy nie przypuszczał nawet, że obóz ten, posiadający darmową siłę robotników dla chemicznych zakładów w Oświęcimiu, będzie kierowany przez zboczonych nazistowskich przestępców, lubujących się w masowych wyrafinowanych morderstwach więźniów. Pilecki więc praktycznie nie miał pojęcia, dokąd przybywa w celu tworzenia obmyślonej przez siebie konspiracji.
      W każdym bądź razie, kiedy zapoznał się z lagrową dyscypliną kar i apeli, doświadczając na sobie samym brutalnego bicia i upokorzenia, zauważył nie bez zdziwienia, że żadnemu z więźniów  w ogóle nie przychodzi do głowy myśl, by w jakiś sposób stawić opór esesmanom. W swoim Raporcie zapisał: Było nas tysiąc osiemset kilkudziesięciu. Mnie osobiście najwięcej denerwowała bierność masy Polaków. Wszyscy złapani nasiąkli już jakąś psychiką tłumu – która wtedy wyrażała się w tym, że cały tłum nasz upodobnił się do stada biernych baranów. Nęciła mnie myśl prosta: wzburzyć umysły, zerwać do czynu tę masę. /Raport Witolda, Rotmistrz Witold Pilecki – APOSTOLICUM Ząbki – Londyn 2007. /cytaty dalej z tejże/.
        To spostrzeżenie rotmistrz czyni w kilka dni po łapance. Kiedy zaś dwa miesiące później jako tako przyzwyczaił się do codziennej brutalności i śmierci w obozie, dodaje: – Umieraliśmy jako tacy, jakimi chodziliśmy po ziemi – stawaliśmy się innymi. (…) i wtedy naraz, [kiedy] na oczach twoich, bracie, zabijano ci przyjaciela, mordując go w najpotworniejszy sposób…, co wtedy? Zdawałoby się jedno tylko: rzucić się na oprawcę i zginąć razem. Tak też parę razy czyniono, lecz zawsze przynosiło to jeszcze jedną śmierć więcej. A jeszcze nieco później, obserwując mękę współwięźniów stojących na mrozie czasem dziewiętnaście godzin na placu apelowym zapisał: – Tak, tam ucieczka i nie opłacała się i była aktem wielkiego egoizmu, gdyż „stójka” na zimnie tysięcy kolegów przyniosła      w skutkach ponad setkę trupów.
        Pół roku przed swoją zaplanowaną ucieczką z Auschwitz dzieli się w swoich zapiskach jeszcze raz swoimi przemyśleniami na temat: wszczynać bunt i opór przeciwko mordercom, czy raczej pomyśleć o skutkach takich poczynań. I mimowolnie skłania się do przyjęcia tezy, jaką „prowadzeni na rzeź jak barany Żydzi” wybierali „na drodze psychozy tłumu”, wybierając „lepsze zło”: – Tak wielkiej ilości więźniów naraz nigdy dotychczas nie rozstrzeliwali. (…) Gdyby wśród tamtych wybuchł bunt (…) Dwunastu zaledwie [szeregowych żołnierzy] nas eskortowało, którzy karabiny na pasach nosili, biorąc je do ręki dopiero przed obozem (…) po południu przyszła wiadomość, że wszystkich, spokojnie, bez przeszkód rozstrzelano. Koledzy zamordowani dnia 28.X.42 wiedzieli         o tym, co ich czeka (…) szli kolumną w piątkach (…) szli bez eskorty, za nimi (tylko dwaj esesmani    z karabinkiem na pasie), obaj palili papierosy, rozmawiali o rzeczach obojętnych. Wystarczyło by ostatnia piątka zrobiła w tył zwrot, a tych dwóch oprawców przestałoby istnieć. Czemuż szli więc?… (…) Wyglądało to już na psychozę, lecz szli, bo mieli w tym swoja racje (…) Wiadomym było, że Niemcy mszczą się na rodzinach. (…) [to] wystarczyło, żeby paraliżować wszelkie chęci rzucenia się na oprawców.
        Tyle prostej prawdy Pileckiego. Przypomniane cytaty jego Raportu mogą szokować niektórych jego oceną tragicznego położenia (i zachowania) tysięcy prowadzonych na stracenie. Lecz odważny rotmistrz nie jest wyjątkiem w „tłumaczeniu”, dlaczego tak zachowywał się „tłum”. Podobnej oceny dokonało setki innych osób, którym udało się przeżyć Zagładę. Tam, wtedy, objawy walki niczego by nie zmieniły, a nawet tylko pogorszyły los i tak dostatecznie już umęczonych współwięźniów. Bicie bowiem, kopanie, kłucie bagnetami, strzelanie do dzieci i kobiet, publiczne wieszanie zakładników  w odwecie za akt desperacji jednostek w ramach tzw. odpowiedzialności zbiorowej – po prostu „nie opłacało się”. Rozumieli to wszyscy, którzy w jakimś stopniu odpowiadali nie tylko za własne życie. I najczęściej nie zrobili nic w drodze jawnego buntu przeciwko uzbrojonym bandytom, gdyż prosta ocena stanu rzeczy prowadziła do wniosku, że żadna korzyść z „tego” nie wyniknie.
      O wiele korzystniej było zatem przyjąć postawę potulnego współcierpiącego w grupie, który chce zachować życie, aby podjąć się przemyślanych sposobów wspierania i ratowania przeznaczonych na śmierć. Tak zachowało się na przykład wielu księży, którzy tak jak Pilecki, dawali się wywieść do obozów koncentracyjnych dobrowolnie, by pomagać środowisku wierzących więźniów. Największą ofiarę swego poświęcenia dla innych poniósł, wspomniany także przez rotmistrza, ksiądz Maksymilian Kolbe, oddając życie za współwięźnia. A warto też wspomnieć doktora Korczaka          i dziesiątki innych pedagogów i lekarzy, bowiem – wbrew obiegowym opiniom – to ich postawa jest przykładna (i bohaterska) w zbiorowisku oczekujących na śmierć. Wprawdzie niepodobna do bohatera walczącego, ale niewątpliwie przynosząca wymierne korzyści. Poza tym przecież, to nie były „tłumy” przygotowane do stawiania oporu, a w każdym pojedynczym człowieku tliła się nadzieja na przeżycie tego koszmaru.
       Jeśli dodać (w świetle lekcji Pileckiego), że sytuacja Żydów dotkniętych pogromami                    i prowadzonych na miejsce kaźni nieraz tysięcznymi grupami, była nieporównywalnie gorsza wskutek gapiów, którzy wyłapywali uciekinierów lub pilnowali, by nikt z szeregu nie uciekł, to staje się zrozumiałe, dlaczego Żydom nie „opłacało się” podjęcie walki z bandytami. Tak dla przykładu wyglądała sytuacja Żydów Jedwabnego, Radziłowa i Szczuczyna na ziemi łomżyńskiej. Autor strasznej w opisie książki Miasta śmierci pisze: Żydzi już byli przygnani na cmentarz i siedzieli, było ich, jak przypuszczam, około dwóch tysięcy. Naokoło ich stali i pilnowali Polacy. /Mirosław Tryczyk, Miasta śmierci – sąsiedzkie pogromy Żydów, Wydawnictwo RM, Warszawa 2015. s.319/.
Żydom zaś trzeba jednak oddać to, że kiedy nie mieli już nic do stracenia, kiedy stracili rodziny w skali wymordowanych całych rodów, podejmowali się takiej, często samobójczej walki z mordercami z najwyższą furią walki o własne życie; właśnie po to, by udowodnić, że są Ludźmi i nie „dadzą się zabić, jak barany”. Może zatem – przypominając bohaterstwo rotmistrza Pileckiego – należałoby zdjąć w końcu to polskie odium w stosunku do obywateli polskich żydowskiego pochodzenia? Może to czas najwyższy, by przetrzeć oczy w spojrzeniu na los ginących współbraci? Lekcja płynie przecież z ust jednego z największych polskich patriotów…



niedziela, 14 lipca 2019

Polskie elity – w kwestii zdolności przewidywania klęsk narodowych

Polskie elity – w kwestii zdolności przewidywania klęsk narodowych

      Poruszony nieudaczną polityką rządu (któregoś już z kolei) w kwestii stosunków i układów          z zagranicą, w jednym z patriotycznych utworków poetyckich napisałem:
W Chinach sto lat do przodu swoją przyszłość znają…
W Rosji , Niemczech i Stanach – na czas kilku rządów.
W Polsce, wszystkie się sprawy tak nam układają
Że zależy to zwykle od władczych poglądów.
(…)
         Rzecz tyczyła niekorzystnych dla społeczeństwa polskiego kontraktów handlowych, zwłaszcza ze Wschodem, a także nieprzemyślanych, przynoszących ujmę Krajowi wypowiedzi polityków          i dyplomatów. To skłoniło mnie do zbadana „sprawy“ głębiej i szerzej głównie dlatego, że dziś można sięgnąć do materiału źródłowego, którego treść jeszcze kilkanaście lat temu była niedostępna dla badacza nowożytnych dziejów Polski. Oczywiście, że nie skupiłem się na roztrząsaniu przyczyn Rozbiorów Rzeczypospolitej, gdyż jest powszechnie wiadomo (wyczerpująco udokumentowano),   że Polska została „sprzedana“ przez elity w wyniku dbania tychże o interesy własne. Wpływowa magnateria i wetująca wszystko poselska szlachta, a także – co za tym idzie, słaby król Stanisław August – wszystko to razem wzięte zaowocowało pierwszym rozbiorem Polski już w dwa lata po uchwaleniu światłej Konstytucji 3 Maja, a potem II i III rozbiorem, po których Polska straciła niepodległość na długie 123 lata.
          Zainteresowała mnie jednak utrwalona sanacyjnymi zdobyczami władza II Rzeczypospolitej mądrzejszej o doświadczenia z powstań i powstrzymanie wojsk bolszewickich w roku 1920 – tuż przed wybuchem II wojny światowej. Ponad trzydziestomilionowy naród miał w demokratyczny sposób wybrany rząd (premiera, opierającego swoje rządowe postanowienia o wyniki zagranicznych kontaktów ministra Becka), prezydenta, reprezentującego kraj w układach z mocarstwami                   i Naczelnego Wodza, który gwarantował, że w razie obcej agresji zbrojnej nie pozwolimy sobie zabrać „nawet guzika“ z połaci polskiego płaszcza (przynajmniej Niemcom). Społeczeństwo było karmione polityką utwierdzającą myśl, że mamy silny rząd, niepokonane siły zbrojne i dobrze zawarte sojusze z europejskimi sąsiadami: Anglią, Francją i neutralną Rumunią, przy czym polski wywiad ma pełną orientację co do zewnętrznych zagrożeń. Euforia była powszechna, a na wybuch wojny nawet oczekiwano, absolutnie wierząc w pewność zwycięstwa. W roku 1939 wiosną, znany nauczyciel, patriota i regionalista, napisał (i opublikował w literackim biuletynie) Kołysankę, która od razu zachwyciła Polaków. „Luli synuś, luli – nie grozi ci nic, bo nad Tobą czuwa, Bóg i Śmigły-Rydz. (Mieczysław Szurmiak, opublikowano w Młoda Polska nr 5/6 z maja 1939 r.).
           Tymczasem Hitler anektował Austrię, potem Czechosłowację i coraz śmielej upominał się       o Gdańsk i korytarz eksterytorialny przez Polskę łączący Rzeszę z Prusami Wschodnimi. Zawierał jednocześnie korzystne dla siebie sojusze z innymi silnymi dyktatorami. A Polska, będąca krajem ściśniętym terytorialnie pomiędzy dwoma niedawnymi zaborcami, jak gdyby tego nie zauważała. Można śmiało powiedzieć, że wywiad wojskowy i dyplomacja po prostu nie funkcjonowały…         W efekcie tego uśpienia 23 sierpnia 1939 w Moskwie podpisany został układ o nieagresji pomiędzy ZSRR i Niemcami, a wraz z jawną częścią układu podpisany został także tajny załącznik, dzielący terytorium Polski pomiędzy te państwa. W Polsce nie za wiele sobie z tego robiono. Ot, fanaberie dyplomatyczne …
       …I stało się… Już w pierwszym dniu wypowiedzianej przez Hitlera wojny Polsce wiele polskich miast było bombardowane przez eskadry Luftwaffe. Trzeciego dnia wojny, włoski dyplomata, hrabia Galeazo Ciano pisał dla włoskiej prasy: „Pochód niemiecki w Polsce jest piorunujący”. Trzy dni póżniej premier rządu polskiego Felicjan Sławoj-Składkowski składa ministrom „nieprawdopodobne“ oświadczenie: „Marszałek [Rydz-Śmigły] oświadczył mi, że wojska niemieckie są o kilkanaście kilometrów od Warszawy, i że w takich warunkach w Warszawie nie można ani spokojnie rządzić krajem ani dowodzić wojskiem”. (ten i dalsze cytaty za Rok 1939Rozbiór Polski, Wyd. AGORA, Warszawa 2009). Siedemnastego września Wódz Naczelny Edward Rydz-Śmigły wydaje rozkaz wycofania wojska i sprzętu do Rumunii i na Węgry. Dzieje się to po tym, jak wojska bolszewickiej Rosji przekroczyły na całej szerokości wschodnią granicę Polski. Zresztą w Kołomyi, kilkanaście kilometrów od granicy z Rumunią, rząd Polski, z Wodzem, prezydentem i innymi ważnymi dla państwa przedstawicielami władzy i wojska, rezyduje już od kilku dni… Zaskoczona     i przerażona Warszawa walczy jeszcze. Cofające się zdziesiątkowane Armie tak samo. Tylko elity wraz z rodzinami sa w „bezpiecznym“ miejscu z jakąś wydumaną perspektywą odtworzenia rządu     i armii na Zachodzie...
         W „rzeczywistym“, napadniętym Kraju nie ma rządu, a nawet władz lokalnych – „(…) śladem za władzami cywilnymi i policją uciekała [a za nią] bez sensu, setki kilometrów, ludność. Tłum wali bezładnie“… Wódz Naczelny (po kampanii ze strony ZSRR) wydaje jeszcze rozkaz, by w żadnym przypadku nie walczyć z bolszewikami, co w efekcie doprowadzi internowanych oficerów do kaźni w Katyniu i Starobielsku. Mądre to było?... Nic też dziwnego, że wielu dowódców i żołnierzy często bagatelizowała ten „rozkaz“. „Próbowaliśmy [jeszcze] atakować. Batalion zmotoryzowany wali co sił w kierunku bolszewików (…) Niestety, wszystko ma swój koniec – karabiny przestały strzelać, brak amunicji. Tego też nie szło przewidzieć?...
        A w przyjaznej nam neutralnej Rumunii zaszły (znowu „nie dające się przewidzieć“?) zmiany. „Na placu, niedaleko stąd, Rumuni rozbrajają naszych żołnierzy. Rozbrojonych ładują do polskich samochodów i wywożą w niewiadomym kierunku. (…) Byliśmy upokorzeni. Wstydziliśmy się. Rumuńscy żandarmi kazali nam złożyć broń w przydrożnym rowie. (…) Urzędnicy /państwowi/ będą rozrzuceni w terenie, wojsko internowane, sprzęt zabrany… Rząd polski (z prezydentem i Wodzem Naczelnym już na emigracji) nie miał zielonego pojęcia o tym, że dyplomaci Rzeszy doprowadzili   w międzyczasie do przesunięcia się Rumunii pod wpływy Hitlera. „…Upokorzeni i z goryczą piołunu w ustach jedziemy przez terytorium Rumunii. Podjechaliśmy do Czerniowic, a tam dowiedzieliśmy się, że granice Polski przekroczył też Śmigły, co w ówczesnym położeniu, gdy biły się jeszcze poszczególne jednostki i przy panujących wtedy nastrojach zrobiło straszne wrażenie“… – dopowiada jeden z tych, którzy ten wstyd za zachowanie się uciekającej władzy odczuli bezpośrednio na sobie.
         Po 28 dniach beznadziejnej walki kapituluje Warszawa. Do niewoli trafia około 140 tysięcy jej obrońców. I to już koniec (wstępnie) narodowej tragedii. Ambasadorowi RP w Brazylii, Stanisławowi Skowrońskiemu „wszyscy stawiają pytania: : Co się stało, przecież tak krótką obronę i tak szybki atak, który w ciągu trzech tygodni zlikwidował, bądź co bądź, przeszło 30-milionowe państwo, znaleźć trudno w historii? Czy wasza mocarstwowość polegała tylko na blefie? Czyście nie wiedzieli, co się dzieje u waszego sąsiada? …Po kapitulacji Francji, w Krakowie (a pewnie i w całej Polsce) powtarzano żart: „Premier Francji pyta Naczelnego Wodza sił polskich Rydza-Śmigłego: – Jak to się stało, że wytrzymaliście taki silny atak na Warszawę aż przez cztery tygodnie? Paryż bronił się tylko dziesięć dni… „A, nie wiem, bo mnie przy tym nie było – odpowiada Wódz“…

Ten i kilka innych felietonów noszących znamiona reportaży, zebrałem w opracowaniu zatytułowanym: Czyta się... (na co wskazują przypisy) i niektóre zamieszczę tu, jako że wielu blogerów może to, sądzę, zainteresować.





Nota biograficzna /zaktualizowana/


          Urodziłem się w Austrii w roku 1945. Pomieszkiwałem w różnych miejscach w Kraju, przy czym najdłużej na Dolnym Śląsku. Z wykształcenia jestem historykiem sztuki po Uniwersytecie Wrocławskim, lecz z zawodu górnikiem i drukarzem.
          W „życie literackie“ wszedłem już w szkole powszechnej składając pierwsze poetyckie utwory odczytywane przy różnych okazjach grupowych spotkań. W tym duchu publikowałem też w lokalnej prasie. Ukończenie szkoły średniej zmobilizowało mnie do gruntownego zapoznania się z warsztatem poetyki klasycznej, a to z kolei do zdiagnozowania treści biblijnych Psalmów (i innych wątków poetyckich treści Pisma św.) w duchu rymowanego wiersza sylabicznego. Poświęciłem Psałterzowi kilkanaście lat wnikliwych badań leksykalnych i dokonałem „przekładu“ na wiersz rymowany wszystkich 150 psalmów . Pracę tę opublikowałem w postaci książki z obszernym materiałem          w przypisach, w roku 2006. /W tym roku przygotowałem do druku ponownie przejrzaną  Księgę Psalmów/. 
         W roku 2016 i 2018 opublikowałem dwa tomiki wierszy, które w zasadzie są pokłosiem moich wierszy z lat dawnych, zaświadczają jednak o interesującej mnie w poezji tematyce i formie literackiego przekazu. Tak naprawdę, interesuje mnie forma reportażu poetyckiego, który treściowo omawia wąski świat jakiegoś poruszającego serce i umysł zdarzenia czy też postaci. W tym duchu, mam zamiar opublikować następny tom moich wierszy.
         Z racji zainteresowań historią i historią sztuki, mam ukończone (lecz nie opublikowane jeszcze) cztery pozycje książkowe, o czym stopniowo informował będę w treści tego mojego bloga.
         Nie będę nadmieniał, że czynnie uczestniczę we wszystkich „ruchach“ wspierających kulturę  w regionie. Nadmienię jednak, że jako drukarz i wydawca, starałem się wydatnie pomóc młodym     (i nie tylko) literatom…
                                                                                             Henryk Adamczyk